droga-czy-cel

Droga czy cel? Refleksje o drodze w drodze.

Pogoń za celem… Podsycana na każdym kroku przez ocenianie w szkole, marketing, filmy, skupienie na wynikach czy zarobkach w pracy. Wzmacniana przez presję czasu, sztuczną rywalizację i wyścigi szczurów. Czy aby szybko i jak najszybciej znaczy „dobrze”? Gdy jednak popatrzeć na głębsze sposoby myślenia o drodze i o celu to pojawiają się inne perspektywy…

 

Kierunek.

 

Kierunek jest ważniejszy niż prędkość – wielu szybko zmierza donikąd. Żeby określić kierunek warto się zatrzymać. Można wtedy np. zobaczyć, że podążamy drogą narzuconą nam przez innych… Poruszając się szybko nie ma możliwości dostrzeżenia tego, co po drodze. A czasem tak ogromnie warto chociaż zwolnić… Choćby na refleksję czy we właściwym biegu uczestniczymy. Bywa, że robimy szybko aby tylko odsuwać od siebie moment zorientowania się, że to bez sensu… Jeśli zastanawiamy się dlaczego kolejne postanowienia – nie tylko noworoczne – pozostają na papierze to jest to świetny moment na refleksję o kierunku naszej drogi.

 

Siła konsekwencji i wytrwałości jest przeogromna – każda wielka i trudna rzecz składa się z wielu małych i łatwych kroków. Ponownie droga, a cel jest efektem ubocznym. Konsekwencja i zaangażowanie mogą też być pułapką i prowadzić też do trwania w tym, co nie służy. „Zacząłeś to skończ”. Nie zawsze. Czasem lepiej mądrze stanąć niż głupio biegać. 

 

Kierunki studiów… Edukacja to też droga. Jak to ujął Mark Twain – wykształcenie to coś, co warto zdobyć, najlepiej z pominięciem edukacji szkolnej… Skuteczna i mądra nauka systemowa to niestety ciągle rzadkość. Presja na wyniki, na słabości i bycie we wszystkim dobrym. Wielu rzeczy ze szkoły świetnie się oduczyć. Niekoniecznie warto marnować czas na niepotrzebnych studiach tylko dlatego, że jest presja „wykształcenia” albo, że tata chciał. Pracodawca i tak spyta o doświadczenie czyli przebytą drogę… 

 

Droga na szczyt?

 

Po pierwsze nie narzekajmy, że jest pod górkę skoro idziemy na szczyt. Zasuwamy na górę, a będąc na szczycie jesteśmy dopiero w połowie drogi. O tej drugiej części – na dół – mało kto mówi. O chwili refleksji na szczycie też… Jeśli już wchodzimy na jakiś szczyt to nie po to, aby nas inni podziwiali, tylko żeby zobaczyć świat z szerszej perspektywy.

 

Każdy ma swój Everest, choć może brzmieć to banalnie. Każdy ma inne wyzwania i warto porównywać się do samego siebie, inni – jeśli już – niech będą inspiracją. Jeśli wejście na szczyt powoduje, że natychmiast uznajemy „skoro ja dałem radę to łatwe było” to warto się zatrzymać. Podobnie jeśli „liczy” się wysokość tegoż szczytu i stanowi bazę do oceniania siebie czy poszukiwania aprobaty innych. Mój jest wyższy od tego, na który wszedł kolega? Jestem lepszy, a jak niższy to jestem gorszy. Nie tędy droga. 

 

Prawdziwa droga na szczyt to charakter, postawa i umiejętność skutecznego uczenia się. Książka o tym właśnie tytule sporo mówi na ten temat. Obala też mit jakoby „talent” był tutaj decydujący i kluczowy. Zagadnienie talentu rozwijam w tym wpisie.

 

Jak uniknąć błędów po drodze?

 

Lepiej nie iść bo można popełnić błąd? Nie myli się ten, kto nic nie robi. Błąd to wynik inny od zamierzonego i najlepszy nauczyciel. „Porażka” to już sposób myślenia i ocena. Prawo do błędu. Kto je nadaje i kto egzekwuje? Kluczowe pytanie czy to w ogóle jest „prawo”? Prawo to regulacja, nakaz, zakaz, rozkaz, restrykcja, kara… Siła i przemoc. Wobec siebie…

 

Nie wdając się tym razem w nomenklaturę to prawo do pomyłki jest prawem, którego najczęściej sobie odmawiamy. Dlaczego tak się dzieje? Boimy się oceny. Innych? Nie. Najbardziej boimy tej, którą sami sobie wystawiamy. Traktujemy siebie tak jak traktowali nas najważniejsi dla nas ludzie, a ich głos stał się naszym głosem wewnętrznym… To jednak sposób myślenia. Zmienialny, bo to, co mamy w głowach pod wpływem przeszłości to nie dożywotni wyrok.

 

Odszedłbym od określania doświadczeń jako „błędnych” – to już jest ocena. Rezultat to podstawa do wyciągnięcia wniosków, a „porażka” to sposób myślenia, a nie fakt, raczej wynik inny od zamierzonego. Jedno z moich ulubionych to, że mądrość nie wynika z doświadczeń (czy powiedzmy „błędów”) tylko z wniosków z tych doświadczeń. 

 

Jeśli już jesteśmy przy „błędach” – ludzką rzeczą popełniać błędy, głupców rzeczą w nich trwać. Lepiej mądrze odpuścić niż głupio trwać. „Głupiec” to w tym powiedzeniu jednak kolejny osąd, więc jeśli trwamy w czymś, co uważamy za błąd to przede wszystkim bym się zastanowił jaka z tego jest korzyść, zamiast określać to głupotą. Dlaczego robię cały czas to samo oczekując innych rezultatów? Jeśli czegoś na drodze unikać to przede wszystkim oceniania. Drogi, innych i na końcu najtrudniejsze – siebie.

 

A może by tak na skróty?

 

Tam gdzie warto dojść nie ma drogi na skróty. Dziś chcemy od razu, szybko, coraz szybciej… To myślenie niesamowicie zasila marketing. Świetnie widać to w finansach. Nie stać mnie? Żaden problem – to na kredyt. Nieważne, że pożyczając 10000 mam oddać 18000, choć jest napisane, że 5%…  Raty 0%…? Płacimy danymi, czasem i swoją przyszłością za krótki moment satysfakcji, że mam tu i teraz. Trudniej zmienić pracę, jest stres czy wystarczy na lata spłacania – to też koszty. 

 

Czasem nie warto mieć od razu, bo po drodze można dojść do wniosku, że wcale tego czegoś nie potrzebujemy… Skrót to droga z punktu A do punktu B, inna od uprzednio założonej, niekoniecznie od niej krótsza… Tolkien pisał: kto drogi prostuje ten w polu nocuje. Czasem jednak warto w tym polu się przespać… Zatrzymać się, zamiast bezrefleksyjnie pędzić.

 

Zmiana drogi?

 

Trwanie w podróży do celu, który nas nie interesuje to jak podróż japońskim pociągiem – im szybciej zorientujemy się, że nie jest właściwy i wysiądziemy, tym mniejsze będą koszty drogi powrotnej… Z kolei są pociągi, które podjeżdżają na peron tylko raz… Czasem lepiej więc wsiąść i ewentualnie wysiąść niż żałować, że miało się niewykorzystaną okazję. 

 

Cel jest ważny – wybierając się w rejs trzeba wiedzieć dokąd płynąć. Cel, „kamienie milowe”, plan, a potem cała koncentracja na właściwym kursie. Wpływ i sprawstwo. Nieważne skąd wieje wiatr, ważne jak ustawisz żagle. Otwartość i odwaga, bo tylko wzburzone morze czyni dobrego żeglarza. Droga bez przeszkód wiedzie donikąd. Niektóre sztormy oczyszczają właściwą drogę… 

 

Zbytnie skupienie się na celu zaburza to, co dzieje się po drodze. Koncentracja na celu jest przywiązaniem do wyniku. Koncentracja na wyniku i celu zakłóca proces. Zakłócony proces to brak wyniku. Latarnia to tylko sugestia i wskazówka, stery w naszych rękach. Patrząc tylko na cel czyli latarnię morską możemy roztrzaskać się o skały… Mierz wysoko, patrz pod nogi.

 

Droga bez celu?

 

Trzeba wiedzieć czego się chce. Na pewno „trzeba” czy „powinno” się? A co jak się nie wie? Można nie wiedzieć? Można. Wtedy często wie się, czego się nie chce. Formułowanie celu przez zaprzeczenie jest jednak przeciwskuteczne. Jakby w GPS wpisać „nie chce jechać do Koluszek”… Warto zadać sobie w takiej sytuacji pytanie – czego chcę w zamian?

 

Jeśli nie znamy kierunku to warto próbować wielu dróg, nawet nie znając celu. Cel możemy znaleźć w trakcie podróży. Ponownie nie jest najważniejszy, bo to, co wynosimy z drogi nad nim przeważa. „Trzeba” mieć pasję. To jedna z współczesnych presji. Można, nie „trzeba”, warto poszukiwać. Świetnym drogowskazem do poszukiwania drogi i celu są emocje, warto je jednak umieć właściwie odczytywać.

 

Czasem wystarczy po prostu zacząć. Nie potrzeba widzieć końca drabiny aby wejść na pierwszy szczebel. Będąc już w trakcie warto jednak się zatrzymać i zastanowić czy w dobre miejsce jest przystawiona.

 

Droga do siebie.

 

Żeby pójść swoją drogą, najpierw warto dotrzeć do siebie. Temat własnej drogi rozwijałem jakiś czas temu. To droga, do której nie potrzebujemy akceptacji innych ludzi, choć bardzo często tak nam się wydaje.

 

Wróćmy do drogi do siebie. Często biegniemy tak szybko żeby nas smutek nie dogonił. To zdanie, które lata temu usłyszałem od terapeutki, zrozumiałem wiele lat później. Wojciech Eichelberger mówi o uciekaniu przed duszą, duszą która ma wiele ważnych rzeczy do powiedzenia. Wyścigi koni, szczurów, korporacyjne rywalizacje. Skupienie na celach gdzie nieważna jest droga. Presje, a za nimi często depresje… Robienie cały czas tego samego i oczekiwanie innych rezultatów, bo te które są społecznie cenione są puste i nie sycą. Podróż? Droga? Nie bardzo… Ucieczka.

 

Ucieczka od drogi, na którą warto wejść. To, co najcenniejsze jest tam, gdzie najbardziej boimy się szukać. Do źródła płynie się pod prąd. Warto mieć odwagę do zatrzymania się i wysłuchania tego, co trudne i odrzucane emocje chcą nam powiedzieć. To bezcenne informacje i aktualizacja własnego myślenia. O sobie… Inaczej często we własnej głowie prowadzimy z góry przegrane gry trójkąta dramatycznego…

 

Na drodze do siebie – zwłaszcza jeśli prowadzi przez ciemną dolinę –  warto mieć przewodnika. Daleko można dojść i samemu, czasem jednak wsparcie jest kluczowe bo to inna perspektywa, wiedza ekspercka i kilka rozwiązań na jeden problem. A jak jednak z wielu powodów chcemy samemu? Czytanie i edukacja to w tej sytuacji też droga, warta rozważenia, bo inni ludzie na jakieś 99% rozwiązali już nasz problem. 

 

Droga inspiracji zamiast desperacji. Cel – poprawa jakości życia. Naszego i bliskich.  Polecam 10 niezawodnych sposobów na drogę do siebie i poprawę jakości życia. Są oparte o Terapię Simontonowską, bazują na metodyce Racjonalnej Terapii Zachowania, świetne do samodzielnej praktyki. 

  

Najważniejsza podróż.

 

Podróże kształcą. Walkiewicz mówił, że tylko wykształconych ludzi. Hmm… wykształcenie, choćby i najwyższe, tylko czasem idzie w parze z otwartością na nowe czy gotowość uznania, że inni mają inaczej i to jest ok. Mądrość nie jest skorelowana z wykształceniem, inteligencją ani wiekiem. Świadomość podobnie… Podróże kształcą tylko otwartych na odkształcenie od wykształconego sposobu myślenia. Mądrość wynika nie tyle z podróży co z wniosków z tych podróży. 

 

Już stoicy stwierdzili: tylko wewnętrzna podróż zapewnia zewnętrzne rezultaty… Mimo solidnych 2000 lat z okładem niezmiennie aktualne. Podstawową podróżą jest ta w głąb siebie. Przyda się w niej jeszcze większa otwartość i odwaga niż w tych do innych krajów. Wszystko kończy się i zaczyna się w głowie. 

 

To droga czy cel?

 

Co jest więc jest ważniejsze? Dosłownie i praktycznie: świetnie mieć swój cel, ale skupiać się na drodze. Mentalnie – być człowiekiem drogi, nauki, nieustannego rozwoju, ciekawości i otwartości. Jest jeszcze trzecia opcja. Ktoś zapytany o drogę i cel powiedział, że najważniejsze jest towarzystwo, w którym ją przemierzamy.

 

Ilustracje do wpisów to fragmenty obrazów moich lub mojej mamy Hanny, które można oglądać w dwóch krakowskich galeriach sztuki: Artago i Kersten

Powiązane

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *