Kilkanaście lat temu zobaczyłem, że to może być coś świetnego. Ludzie jadą, wiedzą gdzie chcą dotrzeć, ale nie wiedzą kiedy dotrą, którędy i kiedy wrócą. Dreszcz ekscytacji i emocji, chęć do działania. Też tak chcę.
Zacząłem robić research – jaki rower, co powinien mieć aby był minimalnie awaryjny, jakie opony są najodporniejsze, jaki rodzaj napędu, które hamulce bez spalenia się dadzą radę na zjazdach. Żeby było sprawnie i wygodnie, ale też i ładnie, jednocześnie nie kusiło złodzieja, wykluczając tych znających się. Wybrałem części i opcję aby taki idealny pod siebie rower zbudować. Analizowałem sklepy z częściami aby – również artystycznie – dobrać każdą śrubkę i szprychę pod kolor. Zleciłem wykonanie dopasowanej do siebie ramy. Kupiłem inny rower – zawierający kluczowe części – aby z niego co cenniejsze wyskubać.
Co ciekawe skupiłem się na sprzęcie, zupełnie pomijając gdzie ewentualnie bym pojechał. Zazwyczaj jest jakaś przestrzeń, w której jesteśmy gadżeciarzami. Mniej czy bardziej niszowa, zarobią na nas albo więcej albo mniej, ale najczęściej jest. Nieco na zasadzie porządku i bałaganu – jeśli gdzieś mamy super poukładane to prawdopodobnie będzie gdzieś zagracone. Np. na komputerze część osób ma porządek, a część totalny bałagan.
Podziwiałem ekonomię bagażu ludzi, którzy jadąc na miesiąc albo kilka (zarówno kobiety jak i mężczyźni) zabierali minimalną ilość rzeczy zachowując pełną wystarczalność. Zdobyłem masę cennych wskazówek. Ogólnie zainwestowałem masę czasu w research i zapoznawanie się z doświadczeniami innych ludzi, aby dokładnie się dowiedzieć czego potrzebuję.
Iiiii….
.
.
.
Minęło 10 lat.
Pierwszym sygnałem było to, że gotową ramę odebrałem od fachowca kilka miesięcy po jej wykonaniu… Później, co jakiś czas wracałem w myślach do kurzącej się ramy, czasem się o nią potykając lub irytując, że zajmuje przestrzeń. Piasta z wieczystą gwarancją walająca się gdzieś w gratach i innych częściach, na które przy porządkach się natykałem. Myśli krążyły coraz mocniej wokół tej fundamentalnej myśli, aż dotarłem do kluczowego wniosku:
Ja nie lubię jeździć na rowerze…
To dla mnie środek transportu, niezwykle praktyczny w mieście. Dający niezależność od komunikacji, tłumów ludzi, korków, konieczności masy czynności i kosztów związanych z posiadaniem samochodu. Wygodne? Tak. To jednak narzędzie. W wyprawie fascynowała mnie nie tyle wyprawa co analiza i szukanie najoptymalniejszego rozwiązania, porównywanie parametrów, zachwycałem się i zachwycam inżynierią piast, które kryją w sobie niesamowite mechanizmy i mieszczą po kilkanaście biegów. Research. Realizowałem inne swoje silne strony, czynności witalne itp. Wyprawa rowerowa to nie dla mnie. Męczę się i nudzę po 20 minutach, nie tyle fizycznie, po prostu ogarnia mnie znużenie. Tras dłuższych niż 6-7 km w miarę możliwości unikam.
Pociągające było w tej wizji obcowanie z naturą, odkrywanie nowego, niezależność w podróżowaniu. Środek transportu jednak nie bardzo. O ile lubię podróżowanie to w podróżowaniu nie lubię procesu przemieszczania się z punktu A do punktu B. Być w B? Super, jechać tam czymkolwiek…? Średnio. W każdej rzeczy, którą lubimy jest coś czego lubieć nie będziemy. Sztuka w tym aby, na zasadzie samodyscypliny, robić czasem to, na co ochoty się nie ma aby osiągnąć to, co się chce. Czasem ten mały pierwiastek może powodować, że będziemy odkładać coś ważnego. Jeśli potrzeba się lekko zmusić – warto, jeśli bardzo – świetnie się zatrzymać na refleksję.
Wniosek: jak coś nas pociąga – sprawdźmy w małej skali. Jakoś nie wpadłem na pomysł pojechania gdzieś na cały dzień, pominąłem też, że – jeszcze mniejsza skala – rowerowe jazdy do babci (12 km w jedną stronę) jakoś nie napawały głodem na więcej. Sprawdzić w małej skali bo czasami robimy coś, co pośrednio realizuje jakąś potrzebę, my jednak nie mamy jej świadomości. I można zabrnąć w wadliwy typ produktywności: robić coś, co nieco ognia do tego dreszczyku dolewa, jednocześnie jest kosztowne, a czasem wyczerpujące. Idąc dalej bywa dysfunkcyjne lub wręcz destruktywne. Pułapka jest w tym, że przynosi jednak jakieś rezultaty (np. zarobki i poczucie bezpieczeństwa w nielubianej pracy), a my koncentrując się na nich przestajemy widzieć, że to ślepa uliczka. Posadziliśmy drzewo, w którego cieniu nie chcemy siedzieć. Większość tzw. „złyc” decyzji da się sprostować podejmując kolejne.
Będąc w tym wadliwym trybie łatwo wypieramy argumenty poddające refleksji aktualne działania. Np. trwamy w pracy, której nie znosimy, przez wiele lat. Żyjemy nienawidząc poniedziałków w oczekiwaniu na piątek… Doświadczyłem wyprawy rowerowej na obozie harcerskim. Jednak planując tę własną kompletnie o niej zapomniałem… 4 dni męki na cudzym rowerze z siodłem twardym jak kamień, na które nakładałem złożoną kurtkę aby wytrzymać. Wyparłem szybko, a jedyne wspomnienie jakie zostało to ponad litr lodów zjedzony na raz jak tylko dorwałem się do sklepu. Drużynowy o żywieniu na takiej eskapadzie nie miał pojęcia, wróciliśmy chudsi każdy o kilka kg… Po powrocie z wycieczki zastaliśmy resztki ze śniadania. Kanapki z sardynkami w oleju z dżemem były wręcz wyborne.
Fundament to poznać potrzebę, potem dobrać sposób jej zaspokajania, odwrotnie czasem działa, a zazwyczaj nie. Zdrowiej upierać się przy zaspakajaniu potrzeby zamiast na konkretnym sposobie jej zaspokajania. Najczęściej jednak jest odwrotnie – kurczowo trzymamy się strategii, często nawet nie będąc świadomym jaką potrzebę realizujemy. Wtedy pojawia się pułapka w myśleniu: zmiana sposobu oznacza stratę możliwości zaspokajania potrzeby…
Także nieodbyta wyprawa rowerowa to coś, dzięki czemu sporo się nauczyłem i zrozumiałem. Czasem podróż odbywa się w inny sposób. Jak mówi jeden z moich ulubionych cytatów: najważniejsza podróż to ta od głowy do serca, czasem najtrudniejsza, choć odległość to tylko około 30 cm…
Ilustracje do wpisów to fragmenty obrazów moich lub mojej mamy Hanny, które można oglądać w galerii sztuki Kerste

Add a Comment