Wyobraź sobie, że możesz spędzić święta tak jak chcesz, z kim chcesz i gdzie chcesz. Masz w tym wsparcie bliskich, każdy chce żebyś spędził ten czas tak, aby być szczęśliwym. Jakie są święta jakich potrzebujesz? Jakie są te aktualne? Jeśli widzisz różnice to zapraszam do kilku przemyśleń.
Nadchodzą święta, a to przestrzeń do przyglądnięcia się tradycji i tzw. odwadze codziennej. Pojęcie to zaproponowała Kasia Miller. Oznacza robienie rzeczy drobnych, jednocześnie często trudnych. Tak=tak, nie=nie. Powiedzieć – sobie albo innym – „tak”, „nie”, „chcę”, „nie chcę”, „potrzebuję”, „wybieram”, „decyduję”, „dziękuję”, „kocham” czy „przepraszam” to często kwestia potężnej odwagi. Cichej, mało spektakularnej, więc na Instagramie nie zabłyśniemy, za to dającej niesamowite efekty.
Święta to z założenia czas odpoczynku, wesołości i radości. Z założenia. Czasem robimy to, na co nie mamy ochoty, a czas spędzamy inaczej i z innymi niż byśmy chcieli. O tym dlaczego osobiście nie sprzątam na święta pisałem jakiś czas temu. Zamiast w święta się relaksować to później potrzebujemy kilku dni na odpoczynek. No, ale przecież tradycja.
Tradycja z jednej strony pomaga utrzymać wspólnotę, zdrowe zwyczaje i rytuały, jednocześnie bywa, że lekko nie nadąża za czasami, a w niektórych wersjach można nazwać ją tyranią zmarłych nad żyjącymi. W jeszcze innych wersjach zaciera się to, co cenne, a co tradycją próbuje się nazywać. Niekoniecznie zdrowe zwyczaje czy napompowane marketingiem trendy.
Odwaga świąteczna to odwaga do spędzenia świąt tak jak się chce. Zadania sobie pytania czego chcę i czego nie chcę. Co czasem oznacza powiedzenie, że potrzebujemy zmiany. Zachowania tradycji tam gdzie nam to służy, a tworzenia nowej i zmiany tam, gdzie chcemy inaczej. Tradycja może zarówno służyć jak i ograniczać, ważna jest więc umiejętność odróżniania jednej od drugiej. Odwaga przyda się więc zarówno do zmiany jak i trwania…
Rodzina to klan.
Tradycja to część kultury plemiennej. Dziś plemion nie ma, klanowy system myślenia ma się jednak bardzo dobrze. Co raz służy, a raz nie. Współczesne „plemiona” mamy w rodzinach, drużynach, partiach, narodach czy w wyznaniach. W dawnych czasach wyłamanie się z tradycji wspólnoty oznaczało wygnanie czyli śmierć. Klan to poczucie bezpieczeństwa, a z nim potrzeba przynależności. To potrzeby, które mogą być regresywne, czyli czasem dla ich zaspokojenia zrezygnujemy np. z rozwoju, zmiany, czy ze swojego zdania. Warto dodać, że klan i rodzina niekoniecznie potrzebują być związane z więzami krwi. Czasem tak, czasem nie.
Dziś oczywiście przeżyjemy, ale strach przed oceną, odrzuceniem i wykluczeniem z danej grupy jest tak silny, że wiele rzeczy w imię tej przynależności zrobimy. Sporo z tych rzeczy jest wbrew sobie. Jeśli grupa kultywuje coś np. niezdrowego istnieje spora szansa, że jeśli chcemy do niej wejść, to w imię akceptacji zrezygnujemy ze swoich dobrych zachowań. Albo odwrotnie – zrezygnujemy ze szkodliwych w imię zdrowych. Dwie strony medalu, warto świadomie patrzeć.
Rytuał i tradycja, poprzez regularne powtarzanie czynności – mają w swoim założeniu utrwalać zdrowe nawyki. Z czasem niektóre zwyczaje zostały wypaczone i sprowadzone wyłącznie do celebracji. Została oprawa, a treści już nie ma. Niby się spotykamy, a przy stole siedzimy z telefonami w rękach, a zamiast w oczy to patrzymy w ekrany. Komórki albo telewizora. Wsparcie deklarujemy, realizacja to już coś innego.
Są zwyczaje, które się przedawniły, jednak są kultywowane. Są takie, które są aktualne, a kultywowane już nie są… Nakładka religijna jest jednym z najsilniejszych sposobów utrwalania tradycji. Zdrowej bądź nie… Przykładem niezdrowej może być ubój rytualny. Jego pierwotnym celem było przedłużenie świeżości mięsa. Dziś taka forma zabijania zwierząt jest absolutnie niepotrzebna, jednak właśnie trwa ze względów na tradycję. Post uzasadniał fakt kończących się pod koniec zimy zapasów. Zaczyna brakować, a nowych plonów jeszcze nie ma. Łatwiej więc ludziom będzie wytrzymać jeżeli „opakujemy” to religijnie i powiemy im, że Bóg tak chciał czy nakazał. Obrzezanie – czy Bóg jako byt z założenia dobry nakazywałby okaleczanie dzieci w imię przymierza, które sam zawiera…? To ludzki wymysł i kultura klanowa oraz sposób na rozpoznanie „swoich”.
Bezrefleksyjnie powtarzamy zwyczaje, bo „wypada”, bo „tak było”, bo „trzeba”, bo “grzech”. Trochę jak w historii ze świąteczną szynką w brytfance, którą przed gotowaniem żona zawsze okrajała. Mąż spytał dlaczego tak robi? Bo mama tak robi. Spytali mamy skąd takie podejście. Bo babcia tak robiła. Spytali babci, a ta odpowiedziała, że okrajała bo miała za małą brytfankę i szynka się nie mieściła… Zdrowa i wspierająca tradycja ma na celu automatyczne powtarzanie zdrowych i wspierających czynności, aby za każdym razem nie potrzebować się zastanwiać czy warto je powtórzyć. Ten automatyzm może służyć bądź nie, dlatego warto czasem się zatrzymać.
Święta Bożego Narodzenia (bo Wielkanoc jednak się jeszcze broni) zostały przepotężnie skomercjalizowane. Tak mocno, że często cofa się zeszłoroczny karp… Zakupy i promocje wpisane zostały w „tradycję”. „Tradycję” zdecydowanie wartą refleksji… Bo często wydajemy pieniądze, których nie zarobiliśmy, aby kupić niepotrzebne rzeczy celem przypodobania się ludziom, na których nam nie zależy. Moda ma wiele wspólnego z tradycją i tu rozszerzam jej mechanizmy. Sporą część tego jak działa moda można przełożyć na zwyczaje i trendy świąteczne.
Prezenty to też część tradycji, zdecydowanie wartej kultywowania, ale też i pewnej aktualizacji. Wiele zakupów wynika z wyjątkowo natarczywego marketingu w tym czasie. Aby prezenty były trafione warto wziąć pod uwagę to, co proponuję we wpisie o celnych podarunkach.
Jak zakomunikować spędzenie świąt inaczej niż do tej pory?
Świetnie najpierw upewnić się, że chcemy zmiany, a jak wiemy, że jej chcemy to na co dokładnie. Warto informować ostrożnie, na spokojnie i przede wszystkim świadomie. Przywiązanie do tradycji jest bardzo silne z wielu powodów. Przynależność, wspólnota, akceptacja i wiele innych. Zmiana tradycji nie oznacza zerwania relacji, choć bywa to mylone czy łączone.
Powoli adaptujemy bliskich do zmiany, choć czasem też warto postawić przed faktem dokonanym, choć ja tej metody używam w ostateczności.
Co dzieje się często w momencie chęci zmiany? Nikt nie zna naszych czułych punktów tak dobrze jak najbliżsi… Widząc chęć zmiany mogą testować jak silne jest nasze nowe zdanie. Sprytnie wytoczą najcięższe działa, potem jeszcze większe, a potem… Zaakceptują zmianę. Warto mieć na uwadze, że jeżeli w związku z wyrażeniem swojej potrzeby czy zdania odczuwamy poczucie winy to warto się zatrzymać. Całe życie jesteśmy uczeni, że inni są ważniejsi od nas, dlatego potem tak trudno zadbać o siebie. Czy intencją rodzica nie jest może wychować szczęśliwe dziecko?
Kapitalną rzecz stworzył Marshall Rosenberg – NVC czyli „Porozumienie bez przemocy”. To koncepcja empatycznego i skutecznego porozumiewania się, rozwiązywania konfliktów, zrozumienia i komunikacji. Z innymi i ze sobą. Książkę pod tym tytułem polecam całym sercem i rozumem. Zawiera m.in. 4 etapy podejścia: spostrzeżenie, wyrażenie uczuć, potrzeb i prośbę. Bezcenną umiejętnością będzie w tym wyrażaniu postawa „bo ja” lub „bo my” zamiast „bo ty”/”bo oni”. To mała różnica dająca przeogromne zmiany w komunikacji. Inaczej zabrzmi „chcemy spędzić święta inaczej i zjeść wege” niż, „mamy dość waszego tłustego karpia”. „Bo ja” to moje podejście, uczucia i potrzeby, brak jest tu oceny drugiej strony i jej zachowania, co na starcie pozwala uniknąć wielu konfliktów.
„Święta chcemy spędzić inaczej niż do tej pory” będzie przyjaźniejsze w przekazie niż „nie chcemy spędzać jak do tej pory”. Istotne jest aby zakomunikować to, czego chcemy zamiast tego, czego nie chcemy. Tak jakby w GPS wpisywać gdzie nie chcę jechać. Średnio zadziała, a raczej w ogóle. Umysł ignoruje „nie”, dlatego formułowanie celów poprzez zaprzeczenie jest przeciwskuskuteczne. Ważność spotkania nie zależy od daty i można dodać, że zależy nam na nim i zaproponować inny, bliski termin. Świetnie podkreślić, że zależy nam na spotkaniu, a zmieniamy jedynie czas i formę.
Stawianie granic to temat na osobny wpis… Rodzice najczęściej po prostu chcą być i czuć się potrzebni. Bez względu na nasz wiek. Mamy trudność w postawieniu im – czy zwłaszcza teściom – granic, bo podchodzimy z poziomu dziecka. Problem w tym, że wtrącając się i mówiąc nam jak mamy gotować, sprzątać czy żyć bardzo się od jej realizacji oddalają. To działa i ma sens kiedy mamy mniej niż 5-6 lat, potem dostrzeżenie naszego zdania, wysłuchanie, akceptacja innego podejścia, otwartość i zrozumienie nabierają coraz większego znaczenia. „My wiemy lepiej co dla was dobre” to element traktowania jak dziecko mający w sobie brak uważności na uczucia i potrzeby drugiej strony. Znam masę osób dorosłych: 30, 40, 50 i więcej lat, które są traktowane jak dzieci. Czy są to zdrowe i szczęśliwe relacje? Z obserwacji nie bardzo… Raczej z gatunku „jakoś to będzie”. „Jakoś” jest, jakości niewiele.
Powiedzenie „tak”/”nie” jest formą zadbania o siebie. Jednej rzeczy mówiąc „tak” jednocześnie innej mówimy „nie”. Świetnie uświadomić sobie obie. Jeśli innym mówimy „tak” warto się zatrzymać i sprawdzić czy sobie również. Bo może być tak, że mówiąc innym „tak” sobie mówimy „nie”. Tak=tak, nie=nie. Proste, niekoniecznie łatwe. Dbając o siebie dabmy o innych, poświęcając się oddalamy się od dobrej atmosfery w rodzinie, a na głębokim poziomie uiczymy innych (zwłaszcza dzieci), że również mają ze swoich potrzeb rezygnować.
Zamiast „muszę”, „trzeba”, „powinienem” warto sprawdzić co się stanie jak powiemy „decyduję”, „wybieram”, „chcę”. Początkowo może być to dziwne… Pierwsze to oddanie sprawczości na zewnątrz, drugie to własne poczucie wpływu, w wraz z nim – często niewygodna i trudna odpowiedzialność. OdpowiedzialnOŚĆ. Często wolimy więc być reaktywni i kontrolę nad nami oddać na zewnątrz z obawy przed zadławieniem się tą „ością”.
Mechanizmy nie tylko świątecznych sporów.
Spierajmy się o coś zamiast z kimś. Mała różnica, wielkie efekty. Skupiamy się na argumentach celujących w przedmiot sporu, a nie w osobę, która sporne rozwiązanie proponuje. Wchodząc w „bo ty” druga strona najpewniej poczuje się zaatakowana, zwłaszcza jak w komunikacie pojawia się ocena. Wchodzimy wtedy w szukanie winnych itp. Bo to jak przygotowywuje się święta bywa częścią tożsamości wielu kobiet. I większość z nich będzie bać się oceny: tego jak posprzątały i jak ugotowały. Gospodyni jest tak „dobra” i „wartościowa” jak ma posprzątane i jak ugotuje. W domyśle – w tej wersji myślenia – zazwyczaj niewystarczająco… Więc trudno jej poprosić o pomoc, kilka dni tyra ponad siły aby przygotować kolację, z której – będąc wyłącznie przy jedzeniu – pamięta się głównie przystawkę i deser.
Kolejne założenie to właśnie brak oceny i osądów. Jeżeli powiemy, że ości z karpia wyciągaliśmy z gardła jeszcze na wielkanoc, a ciasto ze sklepu przestało odbijać się na majówce może być różnie… Spora szansa, że najbliższe spotkanie będzie nieprędko, czyli pewnie za rok na święta właśnie.
Rezygnacja z oceny to zmiana podejścia. Rezygnując z oceniania wchodzę w zaciekawienie i pytanie dana sytuacja dla mnie znaczy? Zamiast „źle” czy „dobrze”, „mądrze”, „głupio” warto się zatrzymać i pomyśleć co z tego mam, czego może nie mam, co chcę zmienić i na co. Jakie potrzeby kryją się pod oceną?
Podsumowanie
Ważna rzecz to z jednej strony brać pod uwagę uczucia innych osób, z drugiej dbać o swoje, a z trzeciej mieć świadomość, że za swoją reakcję odpowiedzialna jest ta druga osoba, a nie my. Brak tej świadomości często kończy się „poświęcaniem się” i robieniem czegoś wbrew sobie bo komuś będzie przykro. Odrzucenie prośby nie jest odrzuceniem proszącej osoby, choć bywa często, że to mylimy. Rodzi to obawę przed proszeniem z jednej strony i odmową proszącym z drugiej. Czy chciałbym żeby ktoś przyszedł do mnie na święta wbrew sobie i z poświęcenia? Ja nie.
Życze świąt jakich chcesz, z kim chcesz, gdzie chcesz. Odwagi do zmiany jeśli jej chcesz. Odwagi do utrzymania tradycji jeśli to Twoja potrzeba. Żeby „wesołych” było prawdziwe. Z jednej strony wytarty frazes, jak popatrzeć głębiej, dość cenna rzecz. Życzę więc głębszego spojrzenia, bo jakość świąt zależy od jakości myślenia 🙂
Temat genialnie rozwija książka którą napisał Marshall Rosenberg „Porozumienie bez przemocy” którą bardzo polecam.

[…] i łzach to ewentualnie chwilę mogę odpocząć. Nawet święta – wbrew założeniu – są okresem takiego wysiłku, że potrzebujemy kilku dni odpoczynku gdy miną. Tymczasem odpoczynek dobrze aby był bezwarunkowy, bez “zasługiwania” czy też […]